Bałtroczyk w szczytowej formie
Blisko dwugodzinny występ w czasie którego niejednokrotnie można było popłakać się ze śmiechu, to ponoć jeden z ostatnich Piotra Bałtroczyka, który zapowiada rozstanie ze sceną, ale czy deklaracje komika można brać na poważnie? Zwłaszcza gdy prezentuje tak wysoką formę?
Stand up to sztuka kabaretowa wymyślona i spopularyzowana w Stanach Zjednoczonych a polegająca na tym że, najkrócej rzecz ujmując, jeden człowiek stara się rozśmieszyć publiczność swoim monologiem. Często jest on improwizowany i zahaczający o bardzo wiele tematów. Ów monolog trwa czasami kilkanaście minut, a swoją artystyczną drogę od tego typu działalności zaczynali m. in. Woody Allen i Jim Carrey. W Polsce za prekursorkę stand upu można by uznać Hankę Bielicką, która nawet humoreski Wiecha wykonywała tak żywiołowo, że zdawało się iż wymyśla je na poczekaniu.
Obecnie jednym z najciekawszych artystów tego nurtu jest Piotr Bałtroczyk, którego myślenicka publiczność miała okazję oglądać na deskach MOKiS-u w piątkowy wieczór 19 lutego. Półtoragodzinny występ w czasie którego niejednokrotnie można było popłakać się ze śmiechu, to był ponoć jeden z ostatnich tego typu stand upów Piotra Bałtroczyka, który zapowiada rozstanie ze sceną, bo jak sam mówi „są ostatnio tacy którzy robią to dużo lepiej i za darmo” i bynajmniej nie kabareciarzy miał na myśli.
Trudno jednak tę deklarację traktować poważnie sadząc po tym w jakiej formie jest Piotr Bałtroczyk i jak został odebrany przez myślenicką publiczność dla której wystąpił po raz pierwszy. Tym większy podziw dla niego, że występ składał się w sporej części z grepsów mało znanych do tej pory kabaretowej publiczności. Jak sam powiedział: - Lepiej być Rolling Stonesem, bo wtedy całe życie można grać „Angie”, albo „Satisfaction” i publika będzie zachwycona, a kabareciarz bez ustanku musi wymyślać coś nowego.
