Szymon Kowalczyk, student IV roku turystyki i rekreacji na AWF-ie, zapragnął poznać i na własne oczy zobaczyć zakątek ziemi, o której pisało już wielu. Afryka zawsze była jego marzeniem. Chciał poznać jej dzikość i piękno. Udało się to dzięki Ojcu Teofilowi ze zgromadzenia oo. Bernardynów, który w Ugandzie pełni duszpasterską posługę. W odpowiedzi na maila, jakiego wysłali Szymon i jego koleżanka Agata, Ojciec Teofil wyraził aprobatę przyjazdu dwóch podróżników, których z radością ugościł…
Celem podróży była Ruhsooka – mała wioska leżąca w południowej części Ugandy. - Zdecydowaliśmy się na Rushookę, gdyż chcemy zobaczyć i poznać mieszkańców Ugandy z ich problemami, troskami, codziennym życiem jak również ich spontanicznością i otwartością, o której wspomina spora część powracających z tego kraju. Jednak obejrzeć sztukę teatralną to jedno, ale wejść za kulisy i na własne oczy zobaczyć wrzawę i zamieszanie tam panujące – jest przeżyciem po stokroć bardziej fascynującym. Postanowiliśmy więc połączyć nasz wyjazd z pewną formą wsparcia działającej tam misji – mówi Szymon Kowalczyk.
Aby wesprzeć misje, trzeba dysponować funduszami. Szymon i Agata nie należą do żadnej organizacji niosącej pomoc, dlatego sami musieli zadbać o pozyskanie pieniędzy, które to w choć najmniejszym stopniu przyczyniłyby się do poprawy warunków życia ludności Rushooki. Rozpoczęło się więc gorączkowe poszukiwanie osób, które zechciałyby wesprzeć akcję młodych podróżników. Zbiórka pieniędzy została nagłośniona w Gazecie Myślenickiej, oraz w Internecie na stronie www.rushooka.com.pl. Jaki był rezultat owych zabiegów? O tym opowiada Szymon Kowalczyk. – Pojawiło się 7 rodzin, chcących wesprzeć naszą akcję. Oprócz nich mój serdeczny kolega, który tydzień przed moim wyjazdem miał ślub, zaproponował, by zamiast kwiatów, które goście weselni mają zwyczaj wręczać Młodej Parze po ceremonii zaślubin, wręczano mu symboliczne kwoty wspierające właśnie moją akcję. Najwięcej jednak pieniędzy otrzymaliśmy od Rafała Ropy, prezesa biura podróży Ecco Holiday.
Kwota jaką dysponowali Szymon i Agata wnosiła 1000 Euro. Teraz należało się zastanowić co z tymi pieniędzmi zrobić, ponieważ wyjazd na misje musi być wcześniej podparty konkretnym planem działania. Pierwotnym zamysłem Szymona i Agaty była budowa placu zabaw dla dzieci. Co prawda jeden plac zabaw w Rushooce już jest, nic jednak nie stało na przeszkodzie, aby go odnowić i wyposażyć w nowsze huśtawki lub zjeżdżalnie. Los jednak chciał inaczej. – Dwa tygodnie przed naszym wyjazdem otrzymaliśmy wiadomość od Ojca Teofila, że w Rushooce spłoną internat. Szybko zmieniliśmy nasz plan działania. Priorytetem stała się więc chęć odrestaurowania internatu – informuje Szymon Kowalczyk.
Z końcem sierpnia nadszedł czas, by Szymon i Agata urzeczywistnili swoje chęci i zamiary. Trwający prawie dwa miesiące wyjazd obfitował w różne doświadczenia, które nie tylko wzruszały, ale również zmieniały mentalność człowieka. Zachodnioeuropejska świadomość nie pozwala na inne postrzeganie losu Afrykańczyków jak tylko w kategorii nędzy. Gliniane domy pokryte blachą, ubogi tryb życia, rzeczywistość w której żyją mieszkańcy Czarnego Kontynentu poruszą serce nawet największego twardziela. Poza tymi porażającymi obrazami, gołym okiem można dostrzec brak jakiejkolwiek aktywności głów rodziny.
- Wszelkie prace domowe i te mające zapewnić byt rodzinie wykonywały kobiety. Na nie spada obowiązek opieki nad dziećmi, ich powinnością jest również praca na roli. Mężczyźni natomiast pozbawieni są obowiązku dbania o rodzinę. Najczęściej można było ich spotkać w barach przy mocniejszych trunkach. Brak jakiejkolwiek chęci do działania cechuje wielu tamtejszych mężczyzn – stwierdza Szymon Kowalczyk.
Zastanawiające jest jednak to, skąd wzięła się owa bezczynność mężczyzn. - Największym błędem jaki my, zachodnioeuropejczycy popełniliśmy było to, że przyjeżdżając dawaliśmy pieniądze, ponieważ myśleliśmy, że wszelkie problemy z jakimi borykają się mieszkańcy Afryki są skutkiem braku pieniędzy, wielkiej biedy. Pomagaliśmy dając pieniądze. Jednak pomoc w żadnym wypadku nie może przybierać formy rozdawnictwa. Mimo wszystko od lat tak właśnie było, czego skutki widać dzisiaj. Biały kolor skóry identyfikowany jest z pieniędzmi.
Gro turystów z zachodu, widząc dzieciaka, często brudnego, w za dużym, podartym podkoszulku, bosego, kierując się szczerą chęcią pomocy i niewiedzą wręczają mu banknot lub kilka monet. A dziecko się uczy, że biały i tak przyjdzie, i tak da. Wychowywane w takiej bezczynności dzieci nie potrafią stać się panami własnego losu, nie mają żadnej mobilizacji do działania. Łatwiej jest bowiem stać z wyciągniętą ręką – mówi Szymon Kowalczyk
Bez wątpienia jednak zauważając biedę mieszkańców Rushooki nie można stać bezczynnie i płakać nad ich losem. Należało jednak wziąć się w garść i zaoferować swoją pomoc, na którą ci ludzie czekają. Pomagać jednak trzeba z głową.
– Otworzyliśmy nowe miejsce pracy - warsztat, w którym pracuje dwóch wyszkolonych chłopaków. Zakupiliśmy materiały potrzebne do budowy łóżek w internacie, kupiliśmy narzędzia pracy. Następny krok należy więc do mieszkańców Rushooki, a dokładniej do dwóch młodych rzemieślników, których zadaniem jest budowa łóżek. Resztę pieniędzy przeznaczyliśmy na stypendium dla Glorii Abesigamukamy, która wraz ze swoją siostrą po śmierci taty znalazła się w trudnej sytuacji. Dziewczynki zamieszkały u wuja, ponieważ matka, za równowartość kilkunastu euro, sprzedała dom i kawałek ziemi, tym samym pozostawiając dziewczynki na pastwę losu. Wuj jednak poza dachem nad głową i jedzeniem nie może im zapewnić niczego więcej. 17 - letnia dziewczynka w przyszłości pragnie zostać pielęgniarką lub nauczycielką. Dzięki otrzymanemu stypendium naukowemu może zrealizować swoje plany. Dla Glorii, jak również dla jej siostry, szkoła to jedyna szansa, żeby wyrwać się z trudnego położenia i biedy – opowiada Szymon.
Jak zatem trafnie zauważa Szymon pomoc tym, którzy mieszkają kilkaset kilometrów od nas, powinna być dogłębnie przemyślana i podparta konkretnym planem działania, poprzez który nie tylko pomagamy materialnie, ale również przyczyniamy się do zmiany mentalności mieszkańców Afryki.
– Pieniądze powinny być tylko środkiem, wsparciem całej akcji niesienia pomocy, jaką jest poprawa jakości życia, zmiana sposobu myślenia. Pieniądze nie są więc lekiem na całe zło. Są narzędziem pomocy, natomiast nie są nią samą. O tym warto pisać i to warto akcentować – zapewnia Szymon.
Akcja Rushooka trwa nadal. Można bowiem zasilać konto owej akcji, które podane jest na stronie internetowej www.rushooka.com.pl. To czego dokonali Szymon i Agata jest tylko kroplą w morzu potrzeb tamtejszych mieszkańców. Sam Szymon deklaruje również swoją aktywność. – Planuję powrót do Rushooki, ale marzę również o misjach w Czadzie. Już powoli organizuje taki wyjazd. Nie zamierzam poprzestać na Rushooce. Afryka może zdołować człowieka roztaczając przed nim obraz biedy i braku perspektyw. Wobec tego, co można tam dostrzec człowiek jest mały. Jednak dłuższy pobyt na tym zakątku świata obfituje we wspaniałe doświadczenia. Jest takie powiedzenie, że Afrykę można znienawidzić albo pokochać. Mnie chyba bliżej do drugiej postawy. Istnieje bowiem jakaś siła, która przyciąga mnie do afrykańskiego kontynentu, który jest dziki, nieodgadniony i właśnie przez to tak niezwykły i piękny.
Więcej informacji na stronie internetowej www.rushooka.com.pl
Barbara Żądło, fot. Szymon Kowalczyk